Kiedy okazało się, że coraz więcej osób uciekających przed wojną w Ukrainie przybywa do Polski, my również, w naszym Ośrodku, przygotowaliśmy pokoje na wypadek, gdyby okazało się, że mogą się one komuś przydać. Dotąd były one wykorzystywane jako pokoje do izolacji chorych. Zgłosiliśmy też gdzie trzeba naszą gotowość do przyjęcia potrzebujących. Jedno było pewne, do placówki takiej jak nasza trafią prędzej czy później jakieś osoby niepełnosprawne lub rodzina, w której będzie taka osoba. Nasi pracownicy od kilku tygodni wspierali już, w ramach wolontariatu, pracowników punktu recepcyjnego w katowickim Caritasie. W piątkowy wieczór zauważyli siedzącą przy stole starszą panią. Grzała ręce, obejmując ciasno kubek z ciepłą herbatą. Kończyła kolację, którą jadła wcześniej razem z córką. Kilka metrów dalej jej mała wnuczka bawiła się z jakimś innym dzieckiem w specjalnie przygotowanym kąciku dla maluchów. Jedna stopka inwalidzkiego wózka, na którym siedziała starsza pani, była opadnięta i nie pozwalała, aby oprzeć na niej nogę. Podwieszono ją prowizorycznie na kawałku sznurka.
Kobieta wpatrywała się w wiszącą na ścianie płaskorzeźbę z drewna. Kto eta, wy znajetje? – zapytała po rosyjsku naszego wolontariusza, który poproszony przysiadł przy niej na chwilę. Chwila to czas dość trudny do zmierzenia, nie wiadomo zatem ile trwała ich rozmowa. W tym czasie zdążył jednak odpowiedzieć na zadane pytanie i opowiedzieć jej historię świętego brata Alberta – tego z płaskorzeźby. Opowiedział też o jego służbie dla bezdomnych i potrzebujących biedaków z Krakowa i o tym, z jakim zaangażowaniem i determinacją organizował dla nich odzież, jedzenie i dach nad głową… I o tym, że został on świętym. Niektóre wyrazy podpowiedział mu na szczęście elektroniczny translator. Wysłuchała wszystkiego z zainteresowaniem. Pokiwała głową cały czas wpatrując się w postać z chlebem w ręce. Jej oczy stały się przez chwilę jakby bardziej wilgotne. Zrewanżowała się historią ewakuacji swojej rodziny, w której jak się okazało jest jeszcze trzymiesięczny chłopczyk. Okazało się, że nie mają tu nikogo i nikogo nie znają, kto mógłby im pomóc. W ciemno, w czwórkę przyjechali do Katowic, mimo tego, że niektórzy odradzali im podróż do Polski. Nawiasem mówiąc, trudno było sobie wyobrazić jak ona wyglądała. Osoba na wózku, matka z dwójką małych dzieci, do tego jakiś bagaż… Jak? Okazało się, że bardzo trudno będzie znaleźć dla nich jakiekolwiek lokum. Mało jest miejsc bez barier architektonicznych, zaś miejsce dla matki z dwojgiem małych dzieci też powinno spełniać wymagane warunki. Mimo najszczerszych chęci i starań osób odpowiedzialnych za rozlokowanie uchodźców całkiem na serio rozważano rozdzielenie rodziny, co byłoby dla nich kolejną katastrofą. Brat Albert spoglądał z nadzieją ze ściany, kiedy nasi wolontariusze naradzali się z koordynatorami. Nie przestawał się gapić, gdy wykonywano długi telefon do naszego dyrektora i przedstawiono dość obszernie całą sytuację. Święty miał jakby lekko zachmurzone czoło. Jego wzrok był jednak wciąż natarczywy. To było wręcz bezczelne z jego strony. Dopiero w chwili, gdy ustalano, że potrzebne byłyby jakieś dwa lub trzy dni na pewne techniczne przeróbki i zorganizowanie łóżeczka dla najmłodszego z całej czwórki, odwrócił nieco wzrok, spoglądając znowu w tę samą stronę co zawsze. Kilka dni później babcię, mamę i dwójkę dzieci zapakowano do naszego Forda. Została do niego również zapakowana ogromna walizka, kilka mniejszych tobołków, wózek dziecięcy i całkiem nowy wózek inwalidzki zorganizowany przez przedsiębiorczych koordynatorów. Nie wiedzieli dokąd jadą. Powiedzieli im tylko, że w tym miejscu, do którego ich zabiorą, będą mogli być dalej razem i że będzie im tam dobrze. Pan Jezus stojący przed Ośrodkiem przywitał ich z otwartymi ramionami. Zresztą nie tylko On. Dzieci dostały na przywitanie od mieszkańców żółte i niebieskie balony. Wielu z nich chciało osobiście przywitać gości. Weszli do Ośrodka. Na parterze przywitała ich kolejna płaskorzeźba, przedstawiająca tym razem Ukrzyżowanego. Przypomnieli sobie tę wiszącą w Caritasie ze świętym, który pomagał bezdomnym. Kiedy wyjeżdżali z Katowic wiszący na ścianie jadalni Brat Albert wyglądał znowu trochę inaczej niż zwykle. Tym razem jednak na jego twarzy nie było już żadnego cienia. Nadal trzymał w ręku chleb gotowy podzielić się nim z głodnymi, spoglądał też w kierunku wiszącego na sąsiedniej ścianie krzyża i zwyczajnie się uśmiechał…
