To był naprawdę dobry pomysł! Tak nam się przynajmniej na początku wydawało. Krótko po ogłoszeniu, że organizowany jest wyjazd do Istebnej, zwykła wycieczka, wyjazd w odwiedziny do przebywających tam na obozie sportowym naszych koleżanek i kolegów z warsztatu, wszystkie miejsca w samochodzie były zarezerwowane. Atrakcyjność wyjazdu wzrosła jeszcze bardziej kiedy okazało się, że pojedziemy przez Czechy, przez co wyjazd urósł do rangi zagranicznego. Po drodze śpiewaliśmy piosenki polskie i czeskie. Z tych drugich to właściwie tylko jedną, ale za to bardzo śmieszną… Darli się wszyscy, jak kto umiał. Po przejechaniu zagranicznego odcinka wjechaliśmy na powrót do Polski przez znane wszystkim przejście graniczne, skąd do ośrodka „Las” w Istebnej można dojść już pieszo. Nie wyszliśmy jednak z auta i opuściliśmy je dopiero na parkingu.
Nasi koledzy kręcili się pod wiatą, ale widząc nas weszli do budynku. Druga mała grupa również przeszła obok, a tworzący ją machnęli tylko ręką na powitanie i poszli w swoją stronę. Spojrzeliśmy po sobie i poszliśmy w kierunku basenu. Kilka osób się kąpało, kilka wygrzewało się na brzegu w promieniach popołudniowego słońca. Ci na szczęście nie uciekli. Nie podejmowaliśmy tematu chłodnego przywitania, jednak czuć było jakieś dziwne napięcie. Widać było, że coś wisi w powietrzu. Dopiero od pana Darka, dowodzącego wyjazdem, dowiedzieliśmy się, że ze względów pandemicznych na obozie wprowadzono zakaz jakichkolwiek odwiedzin. Odwiedzin odmówiono nawet rodzicom kilku uczestników, jak również innej grupie z warsztatu, która miała zamiar wybrać się do Istebnej. Głupio wyszło, bo tamci zapytali o możliwość odwiedzin i się dowiedzieli. My nie pytaliśmy, tylko pojechaliśmy i… klops… Pokręciliśmy się trochę po boisku. Najlepiej byłoby wrócić od razu, bo naprawdę nie chcieliśmy sprawić nikomu kłopotu. Szkoda tylko było przywiezionego prowiantu. Kiedy więc wszyscy poszli na kolację, my zrobiliśmy sobie posiłek z przywiezionych ze sobą produktów. Herbatę dostaliśmy od życzliwych, jak zawsze, gospodarzy. Myśleliśmy, że w tych okolicznościach nie będzie nam smakowało, ale nie, wchodziło jak zawsze, a na świeżym, górskim powietrzu apetyty jeszcze bardziej nam się wyostrzyły. Delektując się smacznymi kanapkami z pomidorem zapomnieliśmy na chwilę, że byliśmy nieproszonymi gośćmi. Całkiem zapomnieliśmy o tym w drodze powrotnej, kiedy znowu wydzieraliśmy się przy góralskich piosenkach. Jak już się wyśpiewaliśmy, za tych wszystkich, których postawiliśmy tego dnia w dość trudnej sytuacji, ofiarowaliśmy jedną z dziesiątek odmówionego różańca. Nie było nam specjalnie przykro, bo nie planowaliśmy nikomu zaszkodzić, ani wywołać jakiegokolwiek problemu. Gdyby zestawić plusy i minusy tego wyjazdu, to dla nas był on jak najbardziej udany. Grzegorz zapytany o to czy mu się podobało odpowiedział w swoim zwyczaju: „Jak mi się podobało?… Szkoda gadać!”.
