Postać księdza Jana Machy mieliśmy okazję dobrze poznać kilka lat temu podczas naszych ośrodkowych rekolekcji. Sługa Boży – ksiądz Jan Macha urodził się 18 stycznia 1914 r. w tradycyjnej śląskiej rodzinie Pawła Machy i Anny z domu Cofałka w Chorzowie Starym. Miał dwie siostry i brata. W rodzinie nazywano go zdrobniale „Hanikiem”. Udzielał się w harcerstwie i sporcie. Działał również w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. W 1934 roku wstąpił do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie. W 1939 roku otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Stanisława Adamskiego w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Katowicach. Po dwóch miesiącach zastępstwa w rodzinnej parafii, 10 września został wikarym w kościele parafialnym św. Józefa w Rudzie Śląskiej. W tym miejscu nawiązał kontakt z tajną organizacją i zaczął ożywioną działalność charytatywną wśród polskich rodzin, dotkniętych skutkami okupacji.
Za tę właśnie działalność został aresztowany przez gestapo i skazany na śmierć. 5 września 1941 roku, na dworcu w Katowicach, znaleziono przy nim listę osób, którym pomagał wraz ze współpracownikami oraz inne dokumenty wskazujące, że zbierali pieniądze na pomoc potrzebującym. Lista była jednym z głównych dowodów w późniejszym śledztwie i procesie całej grupy. 17 lipca 1942 podczas krótkiej rozprawy przed sądem doraźnym w Katowicach, ksiądz Macha i współpracujący z nim kleryk Guertler zostali skazani na śmierć przez ścięcie. Wyrok wykonano 3 grudnia 1942 w katowickim więzieniu. Jego ciała nigdy nie wydano rodzinie. Najprawdopodobniej zostało spalone w obozie koncentracyjnym Auschwitz. W czasie wspomnianych rekolekcji przedstawialiśmy dwie sceny związane z księdzem Machą. Jakże przejmująca była ta, która przedstawiała treść listu jaki napisał do swojej rodziny z więzienia. Żegnając się, całkowicie pogodzony ze śmiercią, poprosił w nim o to, aby po śmierci urządzono mu na cmentarzu cichy zakątek i aby od czasu do czasu ktoś zmówił za niego modlitwę. Jego prośba ostatecznie została spełniona po kilku latach, a dokładnie w 1951 roku, kiedy to powstał symboliczny grób ks. Jana na starym cmentarzu parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym. Druga zagrana podczas rekolekcji scena przedstawiała aresztowanie go przez hitlerowców. Wielką radością była dla nas wiadomość, że zostanie on ogłoszony błogosławionym. Jeszcze bardziej ucieszyło nas to, że miało się to stać w Katowicach, co dawało nam realną szansę na wzięcie udziału w tej uroczystości. Zupełnie się nie spodziewaliśmy, że to nasz Ośrodek i nasi mieszkańcy doznają zaszczytu odsłonięcia obrazu księdza Jana Franciszka Machy podczas jego beatyfikacji. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu zaproponowano, aby to właśnie delegacja z naszego Ośrodka była odpowiedzialna za ukazanie światu oficjalnego portretu nowego błogosławionego. Powiązanie naszej działalności z charytatywną działalnością księdza Jana wydaje się uzasadniać tę dobrą dla nas decyzję. W dniu beatyfikacji, czyli 20 litopada, byliśmy w katedrze już dwie godziny przed rozpoczęciem Eucharystii. Mszy Świętej z obrzędem beatyfikacji przewodniczył kardynał Marcello Semeraro – prefekt Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, dla którego przygotowaliśmy w naszym warsztacie specjalny, okolicznościowy witraż. Samego odsłonięcia obrazu dokonały Katarzyna Godlewska i Weronika Lewkowicz, którym towarzyszyli instruktorzy z warsztatu terapii zajęciowej – pani Kasia i pan Mirek, który wziął na siebie odpowiedzialność za kwestie techniczne pociągania za sznurki. W chwili, gdy obraz został całkowicie odsłonięty w katedrze rozbrzmiały oklaski. Witano w ten sposób naszego nowego błogosławionego. A czemu naszego? Wiadomo. Po pierwsze, że synek ze Śląska, po drugie, że pierwsza i jedyna jego parafia była w naszym mieście, po trzecie to te wspomniane rekolekcje, które bardzo nas do siebie zbliżyły, no i ostatnie – to to odsłonięcie. Nasz ksiądz Jan zrobił nam tego dnia jeszcze jedną niespodziankę. Zupełnie przypadkiem, w zakrystii katedry natknęliśmy się na jedną z jego relikwii beatyfikacyjnych. Różaniec, wykorzystany w czasie Mszy Świętej umieszczony na palce, czyli takim nakryciu kielicha mszalnego, która była użyta podczas uroczystości, został wykonany przez błogosławionego księdza Jana w więzieniu. Paciorki wykonał on robiąc węzły na splecionym sznurku, zaś krzyżyk zrobił z drzazg odłupanych z więziennego stołu. Ten różaniec mogliśmy dotknąć, wziąć do ręki… Zapamiętamy ten moment na długo. To chyba jednak nie był przypadek, że ksiądz Jan tak się z nami pożegnał. Tak jak życzył tego sobie w swoim ostatnim liście – będziemy się modlić. Lecz teraz już nie za niego, a za jego wstawiennictwem. Błogosławiony Janie Franciszku – módl się za nami.
