W czasie rorat nasza kaplica jest zwykle pełna, jednak szóstego grudnia jest ona jakby pełniejsza… Nawet ci, którym specjalnie nie zależy na zebraniu kompletu adwentowych obrazków, zaglądają tam wtedy, aby przekonać się, czy w tym roku też przyjdzie do nas gość, który jest oczekiwany przez wszystkich od momentu, gdy tylko zrobi się nieco chłodniej na dworze. Charakterystyczny gest polegający na kilkukrotnym przeciągnięciu ręką od brody w kierunku brzucha, przypominający gładzenie długiej brody, jest już dziś wykonywany nie tylko przez Heńka. Naśladuje go w tym wielu mieszkańców, również ci najmłodsi. Towarzyszące gestowi pytanie: „Przyjdzie?…” zawiera wielką nadzieję, że będzie jak zawsze… I na szczęście było. Przyszedł. Z długą brodą, w wielkiej biskupiej mitrze, trzymając w jednej ręce ogromny pastorał, a w drugiej ciężki worek. Wszedł powoli do rozśpiewanej kaplicy.
Uśmiechał się, z niektórymi się przywitał, niektórych pogłaskał po głowie. Nikomu nie pogroził. Dziwne… Przyklęknął na chwilę przed tabernakulum i usiadł na specjalnie przygotowanym krześle. Wpatrywało się w niego prawie dwieście roziskrzonych oczu. Gdyby muchy nie położyły się spać, to pewnie byłoby je wtedy słychać. Zapytał o roraty, o to czy staramy się naśladować małego Stefka Wyszyńskiego… Przypomniał, że jeśli nawet zdarzy nam się coś złego uczynić, to naśladując odwagę późniejszego Prymasa Tysiąclecia trzeba umieć odważnie przyznać się do błędu, wyspowiadać i poprawić. Życzył wszystkim dobrego przygotowania do nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia i na koniec wręczył każdemu po czekoladzie. O dziwo, pamiętał prawie wszystkie imiona… Niektórych zapytał o szkołę, niektórych o pracę, a niektórych napomniał, bo wiedział, co mogliby poprawić w swoim życiu. Wszyscy zadowoleni wychodzili z kaplicy. Chwilę później, po śniadaniu, liczna grupa mieszkańców gotowych do wyjścia na warsztat czekała na opiekunów na parterze. Zapytani czy był, starali się jedni przez drugich, przekrzykując się nawzajem, opowiedzieć o niecodziennym spotkaniu. Pokazywali otrzymane słodkie upominki. Starałem się razem z nimi cieszyć, ale moja mina mówiła jednak wszystko. Wyrażała jednocześnie zaskoczenie, ale i ogromne rozczarowanie. Szczerze powiedziawszy miałem do tego powody, bo mimo wielkich starań, jeszcze nigdy nie udało mi się zdążyć na spotkanie ze Świętym Mikołajem… A szkoda, bo podobno zawsze jest tak fajnie…
