Ciasto na piernik trzeba zrobić wcześniej. Najlepiej żeby trochę poleżało w lodówce. Nasze tak długo leżało, że trzeba je było wydłubywać po kawałku. Kiedy już udało nam się wydłubać odpowiednio dużo urobek wylądował na specjalnych silikonowych stolnicach, gdzie przy pomocy wałka do ciasta i umiejętnego dysponowania mąką został zamieniony w nie za gruby i nie za cienki placek. Ot taki, by można było w nim wycinać różne kształty. A foremki mieliśmy przepiękne. Bałwan, Mikołaj, renifer, dzwoneczek oraz różnego rodzaju gwiazdeczki, bombki, miśki i nie wiadomo co jeszcze. To był dopiero pierwszy etap. Wycięte, surowe pierniki należało umieścić na blasze, to znaczy na folii w blasze do pieczenia i włożyć do pieca. Najfajniejsze było to, że mieszkańcy znowu wszystko mogli robić sami. To sprawiało, że i ich satysfakcja była większa, ale i adrenalina. Żeby się tylko nie spaliło! Udało się. Po wystudzeniu pierników za oknem, przystępowano do zdobienia kruchych ciasteczek. Lukier i kolorowe posypki to jeden ze sposobów, drugi to oblewanie rozpuszczoną czekoladą.
I tu zaczęły się schody. Czekolada z wielkanocnych zająców zaczęła robić fochy, że to niby nie te święta i nie chciała się specjalnie rozpuszczać. Jak już się trochę rozpuściła, to reszta się zbryliła i do zdobienia pierników zupełnie się już nie nadawała. Początkowo bardzo nas to denerwowało, ale wkrótce się okazało, że krnąbrna czekolada jest całkiem dobra w smaku i w zasadzie po co nią oblewać pierniki, skoro i same pierniki są dobre i czekolada solo też jest niczego sobie. Szybko się potwierdziło, że czekolada szybko i skutecznie poprawia nastrój. I tak w doskonałym nastroju powstawały prawdziwe arcydzieła sztuki cukierniczej. Pod dużym znakiem zapytania jest, czy dotrwają do świąt. W końcu to jeszcze prawie dwa tygodnie…
{gallery}phocagallery/2020_ROK/Zapach_piernika{/gallery}
